|
Archiwum
Zakładki:
Bolly/Kolly/Tolly
Idole
Moje recenzje
Ulubione filmy
Warto zajrzeć, czyli blogi z filmem (indyjskim) w tle
Main hoon...
Kinoman ze skłonnością do schizofrenii. Uzależniony nie tylko od dobrego filmu, ale i od muzyki. Jego dualizm osobowościowy objawia się na wszystkich poziomach: studiuje dwa kierunki (filologię polską i kulturoznawstwo), posiada dwa internetowe nicki (rain & bhuvan), fascynuje go zarówno bollywoodzki "kicz" jak i "dogmatyczne" kino artystyczne, w kwestii muzyki jest tak samo... O resztę nie pytajcie, resztę niech opowie muzyka...
|
O kinematografii Indii i nie tylko...
niedziela, 31 maja 2009
Nadeszła ta chwila, kiedy znalazłem trochę wolnego czasu i zapalił się we mnie motor działania, więc... odchodzę z Champaneru. Ponad dwa lata spędzone tutaj było niezastąpioną szkołą pisania i wyjątkową okazją do poznania świetnych ludzi. Dziękuję Wam wszystkim za czytanie, komentowanie, polemikę i krytykę moich bazgrołów. Bez Was nie przetrwałbym tu tak długo, bo pisanie do "szuflady" to mała frajda. Tak jak już pisałem, pora na zmiany, rozpoczęcie czegoś nowego, w trochę innej formule i o trochę innym profilu. Ten blog poświęcony był w głównej mierze kinu hindi. Obecnie schodzi ono u mnie na troszkę dalszy plan (co nie znaczy, że o nim zapominam), więc w moim nowym miejscu sieciowym poszerzam profil recenzji i tekstów ogólnie (choć tu przecież też nie zabrakło miejsca na filmy nieindyjskie). Zapraszam Was więc na NOWEGO BLOGA, który powoli rusza, ale jeszcze trochę potrwa zanim się rozkręci. Co z tego wyjdzie - zobaczymy. Póki co mogę napisać, że Kiniarza z Champaner uznaję za zamkniętego. Lepiej, żeby dzieło (jakiekolwiek by było) pozostało spójne niż miało się rozpadać z różnych powodów. Blog oczywiście zostaje w sieci tak jak jest, jednak niniejsza notka jest tutaj ostatnią. Amen.
poniedziałek, 18 maja 2009
Recenzji znowu nie będzie, choć mogę polecić to, co ostatnio obejrzałem czyli "Ghost in the Shell" i "Viridianę". :) Mogę też zachęcić do posłuchania tajnych piosenek Damiena Rice'a, które ostatnio odkrywam. ;) Ale do rzeczy... Niby zaczynam powoli panować nad całym chaosem zaliczeniowo-sesyjnym (choć pewnie tylko mi się wydaje), ale nadal nie mam czasu na pisanie recenzji. Tzn. czas pewnie by się znalazł, ale musiałbym poświęcić coś innego, a szkoda mi poświęcać życia w realu na rzecz bloga (co chyba oczywiste). W dodatku przyznam, że kino Indyjskie nie jara mnie już tak jak kiedyś (choć to być może tymczasowy zastój). Owszem, dalej oglądam, ale stało się ono częścią szerokiego repertuaru kina światowego, o który przez długi czas traktowałem po macoszemu. Ostatnimi czasy dotarło do mnie to ile ciekawych rzeczy mnie omijało i teraz nadrabiam. ;P Przy pewnej okazji przejrzałem sobie recenzje zamieszczone przeze mnie na tym blogu i doszedłem do (wcale nie odkrywczego) wniosku, że większość z nich (zwłaszcza te wcześniejsze) to totalna porażka, powielanie szkolnego schematu, wciskanie banałów i kretynizmów - jednym słowem grafomania. W związku z tym wszystkim i w związku z paroma innymi sprawami oraz projektami (które są w fazie planów) zastanawiam się czy nie sensowniej byłoby wyprowadzić się z Champaner. Argumenty za już właściwie przytoczyłem: Ale są też argumenty przeciw: Pomimo wszystko nie wiem czy jest sens ciągnąć to na siłę. Zwłaszcza, że wyżywać się pisarsko i szlifować umiejętności będę mógł wkrótce w innych, troszkę bardziej "profesjonalnych" miejscach. Poza tym chyba pewien etap w moim życiu się kończy i ten blog był w tym etapie idealny. Ale nie wiem czy będzie pasował do następnego. I to tyle smutów na dzisiaj. Z ostateczną decyzją muszę się jeszcze przespać. I czekam oczywiście na Wasze zdanie. ;)
piątek, 08 maja 2009
A na pewno jeden z najbardziej oczekiwanych. Filmowy guru mój powraca w krainę horroru i serwuje nam swoje nowe dzieło: W polskich kinach od 29 maja. Kto idzie ze mną na (przed)premierę?
czwartek, 07 maja 2009
Gorzej niż w marcu... 12 seansów, w tym tylko 7 "premierowych", pozostałe już kiedyś oglądałem... No ale w maju na pewno się poprawi. Już obejrzałem 11 filmów, a z pewnością jeszcze wiele zobaczę, bo Festiwal Filmów Kultowych i zaliczenie pierwszego semestru z Historii Filmu Światowego . Z innych konkretnych planów mam tylko 3 filmy: "Manhattan" oraz 2 części "Ghost in the Shell". Ale to już i tak będzie bardzo dużo. :) A póki co: Lage Raho Munna Bhai - Czyli pierwszy seans powtórkowy. Odbiór właściwie taki sam jak za pierwszym razem - przyjemny, lekki film, podrasowany słuszną ideologią, nie trącący przy tym patosem. Fanem Munny dalej nie jestem, ale da się obejrzeć. 4- Ostatnie Tango w Paryżu - Muszę przyznać, że w moich oczach ten film się nieco zestarzał. Rozumiem ideę, doceniam, ale dzieło Bertolucciego nie szokuje już dzisiaj tak jak kiedyś (a to chyba było jednym z jego celów). Film zdecydowanie godny uwagi (choćby ze względów społeczno-historyczno-filmowych), jednak nie zachwyca... Przynajmniej mnie. Pozostawiam bez oceny. The Last Lear - Nie byłem entuzjastycznie nastawiony do tego filmu. Zawsze miałem wrażenie, że będzie to przeciętny film artystyczny, w którym ambicje przerosną możliwości twórców. A tu miła niespodzianka. Świetny pod prawie każdym względem. Tylko szkoda, że jest zagrany kaleczonym angielskim... 5- Ran - Monumentalne dzieło, które wymaga wielkiego samozaparcia od widza. Dziś już nie kręci się w taki sposób i przestawienie się na estetykę sprzed prawie 30 lat w tym wypadku jest naprawdę trudne... Ale jak już się to uda, to trudno się oderwać. Bardzo subiektywne 4+. Król Lew - Tak... Przyszło mi na odwagę i zmierzyłem się z legendą dzieciństwa. ;) "Król Lew" wytrzymał próbę czasu. Swoją drogą dziwnie ogląda się go z pozycji bardziej świadomego odbiorcy. I filologiczne zboczenie: Nala mówi o Simbie "Nie ożenię się z nim". O.o 5 Moje własne Idaho - z racji szekspirowsko-filmowej działalności obejrzany 2 razy w ciągu tygodnia. A wcześniej widziany w nieokreślonych okolicznościach. Kiedyś miałem wrażenie, że film jest równie pokręcony co "Last Days". Teraz okazało się, że tak nie jest. Znakomita opowieść o outsiderstwie, poszukiwaniu tożsamości i kompleksie Edypa. Gus van Sant w najlepszej formie. 5 Annie Hall - Co za cudo! Dawno temu oglądałem ten film i go nie zrozumiałem. Teraz uwielbiam. Allen bezbłędny, Diane Keaton cudowna + McLuhan + "I forgot my mantra". Ach! Ja chcę jeszcze raz i jeszcze więcej! 6 Miasto Ślepców - Cóż... Recenzja tego filmu jeszcze będzie (jak tylko dostanę za nią ocenę :P). Póki co napiszę, że z jednej strony można się zachwycić, z drugiej - mieć wiele do życzenia. Ogólnie na plus, ale "Miasto Boga" to nie jest... 3+ Scoop: Gorący Temat - Nowy Allen wcale nie jest taki zły jak go malują. Przynajmniej nie w wersji scoopowej. Bardzo przyjemna, niegłupia historia z klimatem. Do "Annie Hall" jej daleko, ale nie każdy film mistrza musi być mistrzowski. 4 Jej Wysokość Afrodyta - Ten film jest mistrzowski. Kapitalny pomysł "zaproszenia" do filmu chóru z antycznej tragedii ("O, Zeusie! Oddzwoń do nas jak wrócisz!" :D). Wszystko to, co w Allenie najlepsze - humor na najwyższym poziomie, błyskotliwe cytaty i nienormalna normalna historia. 5+
niedziela, 03 maja 2009
Byłem, zobaczyłem, wróciłem i chcę jeszcze raz. To mój pierwszy tak duży festiwal i zrobię wszystko, żeby nie był ostatnim. Przesiadywanie w kinie całe dnie, spotkania z twórcami, do tego świetny klimat miasta i (last but not least) świetne towarzystwo (jeśli jakimś cudem czytacie - pozdro ;P) - aż szkoda, że udało się pojechać tylko na 3 dni... Ale od początku. PIĄTEK Wyjazd o 7:55, odebranie karnetów, zalogowanie się w akademikach, (...) i ruszamy do kina. Na sam początek krótkometrażowy animowany "Sekwens", którego nikt nie zrozumiał, a zaraz potem znakomite "33 sceny z życia". Festiwalowy klimat unosi się w powietrzu i tylko arcynudny dokument "Po-lin: okruchy pamięci" na chwilę psuje zadowolenie. Ale zaraz potem po prostu fajny "Jeszcze nie wieczór" i spotkanie z Janem Nowickim i Jackiem Bławutem. Atmosfera sięga zenitu i wszyscy wychodzą z cieszyńskiego teatru z uśmiechem na twarzy. Wreszcie, wydarzenie historyczne - pierwszy na świecie transgraniczny seans pod gołym niebem. Siedzimy w Czechach, ekran jest w Polsce, a pomiędzy Olza i granica. Jednocześnie pierwszy czeski akcent w naszym repertuarze - zabawna "Muzyka". Gdyby tylko nie zimno, na które się nie przygotowaliśmy i które w pewnym momencie zaczęło być bardziej zajmujące niż film... SOBOTA Sobota bardziej czeska niż polska. Najpierw przejmujący, kręcony przez ponad 20 lat dokument "Rene". Wreszcie udało się obejrzeć "Ga-ga. Chwała bohaterom" Szulkina - science-fiction w wydaniu środkowoeuropejskim na najwyższym poziomie absurdu. Niestety nie udało się dotrzeć na "Tobruk", którego seans został opóźniony o prawie godzinę. Tak więc wybraliśmy animację "Krwawa Dama" - do pewnego momentu rewelacja, potem już tylko przeciętność. Na zakończenie (filmowej części) dnia kolejny seans nad rzeką - dokument "Czeska RAPublika" - totalna ekstaza, transgraniczna transgresja, szaleństwo bez granic i zdecydowanie najlepszy film, jaki w ciągu ostatnich trzech dni obejrzałem. (...) NIEDZIELA Niestety, problemy transportowe sprawiły, że musieliśmy zrezygnować właściwie z dwóch filmów. Ale na sam początek premierowo słowacka "Niedotrzymana obietnica". Sam film przeciętny w swojej poprawności, choć zarzucić mu niczego nie można. Za to ciekawym doświadczeniem było oglądanie go wraz z człowiekiem, o którym opowiadał. Potem "Psy i ludzie", czyli czeski film dosłownie i w przenośni. Przysnąłem na nim, a to chyba znaczy, że dobry nie był... Wreszcie połówka filmu-niespodzianki, z którego musieliśmy się urwać. Niespodzianką okazał się dokument "Jak gotuje się historia" - ciekawy pomysł pokazania wojny z perspektywy kucharzy i ich problemów z gotowaniem jedzenia dla wielotysięcznych armii. I już... 19:00 - wracamy do domu... Czeski język odbija się echem w moich uszach. Idąc katowickimi ulicami mam wrażenie, że ludzie mluvou v češtine. Dziwne to wszystko. :P (HIT WYJAZDU :P) |